Ziemia Słupska - pomorskie zakorzenianie

W dniu 21 kwietnia 2007 r. senator Kazimierz Kleina na II Pomorskim Kongresie Obywatelskim wygłosił wykład pt. "Ziemia Słupska - pomorskie zakorzenianie".
 
   W tej części Pomorza (zwanej inaczej Ziemiami Odzyskanymi) na świat przychodzi właśnie czwarte pokolenie potomków powojennych przesiedleńców. W życiu człowieka to długi okres. Czy jednak wystarczająco długi, aby mówić o ukształtowaniu się nowej społeczności? Zwłaszcza tutaj, w tyglu etnicznym, kulturowym, na ziemiach, o których mówi się dzisiaj dyplomatycznie, że miały trudną historię. Ludzie, którzy przybyli na te tereny po II Wojnie Światowej, niekiedy w drodze świadomego wyboru, lepszej perspektywy życia, czy też jako przymusowi osadnicy ukraińscy z Akcji Wisła, zderzyli się z krajobrazem zupełnie im obcym kulturowo.  Dzisiaj, po ponad 60 latach, wydaje się, że nie można już czynić podziałów na tych z Kaszub, zza Buga, Kieleckiego, Wilniaków i Ukraińców. Powoli społeczności te stapiają się w jedną (choć niejednolitą) wspólnotę. Dzisiaj na pytanie „skąd pochodzisz?" młodzi ludzie odpowiadają: ze Słupska, Cecenowa, Główczyc, Debrzna czy Kępic. Nie mówią „pochodzę z Pomorza" czy „jestem Pomorzaninem". Czują się bardziej związani z miejscowością, w której się urodzili i mieszkają, niż z regionem. W tym kontekście proces kształtowania się regionalnej, pomorskiej tożsamości i świadomości własnego pochodzenia wciąż trwa. To naturalne. Pytanie brzmi jednak: czy to się w ogóle uda? A jeśli tak, to kiedy?  Paradoks polega na tym, że częściej o sobie jako o Pomorzanach mówią ludzie z dawnego województwa słupskiego niż gdańszczanie czy mieszkańcy powiatów kaszubskich. Powodów takiego stanu rzeczy jest kilka. Marka Gdańska czy Kaszub, w przeciwieństwie do pozostałych części Pomorza, jest na tyle silna i znana, że dla gdańszczan czy Kaszubów stanowi najlepsze źródło identyfikacji i punkt odniesienia. Mieszkańcy Ziemi Słupskiej natomiast wciąż te markę budują i choć po części obierają w tym procesie własną drogę, w dużej mierze czerpią wzorce z kultury i historii zastanej. Przykładem są coraz częściej spotykani ludzie (przeważnie młodszego pokolenia), którzy mimo iż nie wywodzą się z kaszubskich rodów, uczą się języka kaszubskiego, a nawet mówią o sobie: jestem z Kaszub. Czy robią tak z powodu fascynacji folklorem i obrzędowością tej grupy etnicznej? Z pewnością tak, jednak prawdziwa przyczyna tkwi o wiele głębiej. Jest nią przypisana naturalnie każdemu człowiekowi potrzeba identyfikacji z grupą społeczną, zakorzenienia w danym miejscu i czasie, czy wreszcie instynkt ciągłości pokoleniowej. W przypadku potomków przesiedleńców ciągłość owa została brutalnie przerwana. Trzeba było czasu, aby nowe miejsce zaczęli traktować jak swoje. Szukając odpowiedzi na pytania: „skąd jestem?", „skąd pochodzę?", zaczęli utożsamiać się z historią własnych miejscowości. Szukając informacji z przeszłości, odkryli ją na nowo, wydali monografie o dziejach regionu, miasta, a nawet ludziach, którzy byli tu przed nimi. Dzięki temu już wielu słupszczan zna historię budowy na mokradłach miejskiego ratusza oraz losy jego budowniczego, burmistrza Hansa Matthesa, który rozwijając miasto, tak je zadłużył, że musiał ustąpić ze stanowiska. A jednak przeszedł do historii jako wielki budowniczy. To dlatego słupszczanie chętnie złożyli się na odbudowę kopuły największego kościoła w mieście i pewnie dlatego replika starego tramwaju, stojąca w centralnej części miasta, jest dzisiaj jedną z atrakcji turystycznych.  Zapanowała swoista moda na odkrywanie i oswajanie historii regionu. Wielkim sukcesem wydawniczym jest każda seria z przedwojennymi pocztówkami, a niemal wszystkie gazety regionalne publikują cykl o bardziej lub mniej znanej historii miasta, często wyrażając przy tym zachwyt nad niezwykłą urodą miejsc, ich magicznym klimatem, zniszczonym i zeszpeconym potem przez socjalistyczną architekturę. To dlatego w Chojnicach, Bytowie, Lęborku czy Słupsku rekonstruuje się starówki według przedwojennego wzoru.  Przestało już być istotne, kto je kiedyś zbudował. Początkowe odrzucenie wszystkiego, co niemieckie zastąpione zostało świadomością przynależności do danego miasta (nieważne z jaką historią). Rewitalizacyjny boom ma także inne (często podświadome) podłoże. Starówka to serce miasta, swoisty miejski salon, na którym spotkania sprzyjają zacieśnianiu lokalnych więzów i budowaniu wspólnoty.
 Służy temu również coraz bardziej umiejętne i świadome czerpanie z bogactwa mieszanki kultur zarówno tych zastanych, jak i nieco młodszych. Doskonałym przykładem jest kuchnia - konglomerat wpływów kulinarnych z różnych części Polski: kaszubskie ryby i ciasta, ukraińskie pierogi i barszcze czy wileńskie mięsiwa. W dużym mieście nazwano by to niezwykle modną kuchnią typu fusion i serwowano w snobistycznych restauracjach. Trzeba także przyznać, że i sami mieszkańcy Ziemi Słupskiej zaczęli dostrzegać atuty swojego wielokulturowego dziedzictwa. Kuchnia, podobnie jak kaszubszczyzna, skansen w Klukach czy Kraina w Kratę stały się atrakcjami turystycznymi, które są dzisiaj dla nich nie tylko źródłem dumy, ale i całkiem wymiernych korzyści.
 Kolejnym wyrazem poczucia tożsamości mieszkańców Ziemi Słupskiej jest tak zwany nowy patriotyzm lokalny. Do potocznego słownika weszło już określenie „Nasza mała ojczyzna" - jeszcze kilka lat temu zupełnie nierozumiane. Z kolei migracja zawodowa i zarobkowa zrodziły nowe zjawisko - integracji Pomorzan na „obczyźnie". W Warszawie działa Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Słupskiej, które skupia znanych słupszczan wokół przedsięwzięć na rzecz regionu. Można zakładać, że najnowsza fala migrantów zarobkowych na zachód Europy prędzej czy później wyzwoli podobne inicjatywy.  O ile zatem proces budowania tożsamości w obrębie najbliższej społeczności lokalnej postępuje, o tyle integracja mieszkańców całego Pomorza nieco wyhamowała. Z pewnością jedną z barier jest zaledwie 8-letni okres istnienia województwa pomorskiego. Z drugiej strony to dość czasu, aby podjąć próby zbliżenia do siebie mieszkańców wschodniej i zachodniej części regionu. Nie do końca udało się wykorzystać początkowy entuzjazm mieszkańców Ziemi Słupskiej, którzy - kiedy kształtował się nowy podział administracyjny Polski - na ulicach manifestowali swój sprzeciw wobec pomysłu grupy lokalnych polityków optujących za województwem środkowopomorskim. Nie do końca spełniły się nadzieje, które słupszczanie upatrywali w swojej nowej stolicy - Gdańsku. Oczekiwania na szybszy awans społeczny, bardziej dynamiczny rozwój czy po prostu większe zainteresowanie tą częścią Pomorza ze strony zwykłych gdańszczan. Jednak bez względu na to, czy rozczarowanie słupszczan jest w pełni uzasadnione, czy też nie, czują się Pomorzanami i lekceważąco odnoszą się do powracającej czasami idei rewizji administracyjnej mapy kraju. To dobry sygnał zwłaszcza dla elit Pomorza, samorządowców, przedstawicieli różnych instytucji i organizacji, aby raz jeszcze podjąć wysiłek budowy mocnej regionalnej społeczności.
TOP